„Pomysł to jeszcze nie startup” – 1000 znaków

Wpis jest refleksją na temat popularności startup’ów.

To, co się dzieje z segmentem spółek w fazie zalążkowej (startup) na tzw. rozruchu przechodzi ludzkie pojęcie. Na scenie pojawia się niezliczona ilość nowych podmiotów, które nomen omen jeszcze nie wiedzą jak chcą i czy w ogóle będą mogły w niedalekiej przyszłości zmonetyzować swoją koncepcję na biznes, a już poszukują inwestorów na wielu różnych imprezach. Byłem na kilku takich wydarzeniach.

To, co najbardziej jednak przykuło moją uwagę, to kwestia samej „jakości” tych startup’ów. O ile jeszcze należy takim młodym osobom (choć coraz częściej zdarzają się pomysłodawcy w wieku mocno dojrzałym) wybaczyć brak profesjonalnego przygotowania, to mimo wszystko dopuszczanie do weryfikacji pomysłów jedynie – koncepcji biznesowych – mija się z celem i niepotrzebnie rozdmuchuje rynek startupowy w Polsce.

Postanowiłem przyjrzeć się bliżej temu, co na polskiej scenie startupowej się dzieje. Gdzie leży przyczyna tak wielu, tak mało interesujących, z punktu czysto biznesowego, projektów. Odnoszę wrażenie, że cały miszung zaczyna się już w sieci, która zdominowana została przez setki stron, profili w mediach społecznościowych, które promują ideę „od pomysłu do milionera”. Większość pomysłodawców lub właścicieli idei biznesowych marzy o tzw. „skalowalności” i tym mierzy swój niemal pewny, niechybny sukces. Owszem, potrzeba młodym przedsiębiorcom nieco buntu, parcia na szkło i siły rażenia. Niemniej warto byłoby to jednak jakoś sensownie uporządkować, chociaż by po to, by wszyscy nie stawiali się w roli startupowca i nie robili sobie zbytniej nadziei, a też nie ostrzyli pazurów tylko na podstawie świetnego (w ich mniemaniu) pomysłu.

 

Gdzie plan lub strategia działania? Gdzie pomysł na to „JAK” zrealizuję tudzież wdrożę swój projekt? Przy jakim wsparciu? Nie wspominając o najbardziej podstawowych pojęciach: jaką potrzebę konsumencką zaspokajam, bądź kreuję? Jaki problem rynkowy rozwiązuję itp.? Ile i na co potrzebuję pieniędzy oraz jak zamierzam przy wsparciu zewnętrznego inwestora faktycznie dopiąć swego – czyli zrealizować swoją ideę fix? Samo mapowanie w postaci Business Model czy Lean Canvas naprawdę nie wystarcza.

Miałem przyjemność porozmawiać z kilkunastoma młodymi przedsiębiorczymi osobami, które szukają obecnie zewnętrznego inwestora. Każdy z nich planuje w różnych dziedzinach zwojować cuda. Jednak szokujące jest to, że większość z nich nie ma żadnej strategii, nawet takiej spisanej na przysłowiowym kolanie. Wszyscy jednak swoje podekscytowanie uzasadniali tym, jak wielu już się udało pozyskać fundusze i zrealizować przy ich pomocy swoje marzenia. Że pozyskanie „kasy” jest stosunkowo łatwe w obecnych, sprzyjających czasach.

Na pewno powszechnie celebrowane ostatnio przez media informacje o twórcach BlaBlaCar, którym udało się pozyskać kolejne wsparcie, tym razem w kwocie 200 mln. dolarów, robi wrażenie i jeszcze bardziej podsyca nadzieje. Niemniej sam pomysł to zdecydowanie za mało, aby zacząć działać. Owa skalowalność to tak naprawdę potęgowanie biznesu na papierze, ale biznesu, który już jakoś funkcjonuje, został już choćby w minimalnym stopniu zweryfikowany rynkowo. To i tak za mało, ale pierwsze koty za płoty.

Startup to nie pomysł. To już funkcjonująca spółka. To już namacalny produkt, który można pokazać odpowiedniemu gremium (np. inwestorom, mediom, na FB) i wskazać powody, które miałyby przemawiać za tym, dlaczego dofinansowanie pozwoli urealnić mój pomysł i wdrożyć go na rynek na poważnie.

 

Autor:
Marcin Gieracz
CEO&Strategy Director
Rubikom Strategy Consultants
609827140
mgieracz@rubikom.pl
www.rubikom.pl