„Jestem produktem?” – 1000 znaków

Wpis jest komentarzem do popularności mówców motywacyjnych, która przybrała na sile szczególnie w ostatnich miesiącach.

Przyglądając się temu, co piszą o sobie tzw. mówcy motywacyjni, ale też co piszą o nich inni, pomyślałem, że temat warty jest komentarza. Zwłaszcza, że w ostatnim czasie media sporo pisały, raczej mało przychylnie, o tym, że to właśnie mówcy motywacyjni zyskują najwięcej na całej tej maskaradzie. Na ocenę warsztatu i całokształtu najpopularniejszego coacha w Polsce Mateusza Grzesiaka zdecydował się m.in. Tygodnik Powszechny.

Faktem jest, że zawód mówcy motywacyjnego czy coacha w ostatnim czasie stał się bardzo intratny. Sporo aktywności i szumu robią też wokół siebie tzw. life coachowie. Ja chciałbym zwrócić uwagę na to, jak bardzo osoby te podkreślają, że trzeba właśnie ten szum wokół siebie robić.

Jak możemy przeczytać w przytoczonym Tygodniku Powszechnym Grzesiak „stworzył siebie” dwa lata temu. Na bazie wcześniejszych doświadczeń, zebranej wiedzy, napisanych nomen omen siedmiu książek wykreował produkt pod nazwą „Mateusz Grzesiak”. I tenże produkt promuje od tego czasu zawzięcie.

Słynny coach nadał odpowiednią narrację marketingową wszystkim swoim działaniom, gdzie osobisty wizerunek, image oraz po trosze lans doskonale wpisują się w obraz człowieka sukcesu, a zarazem osoby chętnej do podzielenia się tym swoim „duchowym” bogactwem z innymi. Grzesiak do podobnych działań namawia także swoich „uczniów”.

Oczywiście każdy niech robi to, co potrafi najlepiej. Absolutnie nie jest moim zamiarem ocenianie żadnego z mówców, tym bardziej Mateusza Grzesiaka. Moje rozważania idą raczej w kierunku tego, jakie wartości płyną z seminariów i poglądów wygłaszanych przez naszych rodzimych mówców motywacyjnych. Słyszymy m.in., że: trzeba dobrze wyglądać, mieć markowy, drogi zegarek, luksusowy lub sportowy samochód, dobre gadane i…. hulaj duszo, piekła nie ma.

Można to scedować do jednego słowa – każdy jest produktem. Każdy zatem powinien dobrze przemyśleć swoje „Ja” pod kątem: ambicji, aspiracji, celów i materializowania wszystkiego, jak leci. Bo liczy się sukces, wyrazistość, wyjątkowość, splendor. Nie masz jaj lub nie wystarczająco mocno wierzysz w swoje jaja, to już przegrałeś – mniej więcej tak starają się motywować nas do zmiany swojego życia popularni mówcy. Po wysłuchaniu takiej mowy, aż ciarki przechodzą plecach, ale też rodzi się dziwne wrażenie, że oto faktycznie, coś jest na rzeczy. Jestem fajfusem, skoro nie mam porche.


Tłumy w trakcie konferencji Życie Bez Ograniczeń
Źródło: http://coaching.focus.pl/zycie/nick-vujicic-i-zycie-bez-ograniczen-619/zdjecie/nick-vujicic-566#gallery

Rzesze osób zapewne chcą to słyszeć i w tym świetle się ocieplać, a może nawet na chwilę przekonać, że dadzą radę. A co jeśli nie? Zastanawiam się po prostu, czy faktycznie dobrze jest wmawiać ludziom, że muszą być przebojowi, bo jak nie będą, to znajdą się na pozycji straconej, a życie wtedy nie będzie miało sensu.

Można odnieść wrażenie, że marketing wkradł się w niemal każdy zakątek naszej duszy, umysłu i ciała. Jednak nie zgadzam się z tym, że to jedyna i słuszna droga, aby być szczęśliwym. Być może nie rozumiem już obecnego świata, nie ogarniam tych nowych trendów, zapalczywości i chęci bycia kimś wyjątkowym za wszelką cenę. Trochę to przecież maskarada i sztuczność. Ale każdy sam to powinien ocenić wedle własnego rozsądku.

Tako rzecze Pan Mateusz Grzesiak: “(…) Kamizelka – to mój znak rozpoznawczy(…)”. “(…) Zegarek – koniecznie szwajcarski, to koń na którym jadę (…). Aż ciśnie się na usta: Łaska pańska na pstrym koniu jeździ.

 

Autor:
Marcin Gieracz
CEO&Strategy Director
Rubikom Strategy Consultants
609827140
mgieracz@rubikom.pl
www.rubikom.pl